Wypożyczyliśmy wczoraj gada, z dostawą (Robert wracał z nią z wybiegu dla psów i podrzucił) i noclegiem (koło 22 zadzwoniłam, że nie oddam, zostaje do rana).
Zaczęło się tak sobie, bo na początek słodkie stworzenie nasikało nam na łóżko, czego już od dawna nie robiło, ale potem było już tylko coraz lepiej. (Może rzeczywiście psi psycholog by się przydał, ale biorą 1500 PLN od przypadku i są zabukowani na rok do przodu). Stworzenie przymilało się jak tylko mogło, wystarczyło przysiąść na kanapie, a pies materializował się i próbował się przytulać. Adams stwierdził, że „łazi za nim jak pies”.
Większość nocy Lolita przespała grzecznie w nogach łóżka, polowała tylko na stopę wystawioną spod kołdry - wtedy kładła na niej pysk.
Ale najszczęśliwsza była wtedy, jak mogła się wbić między nas klinem i ułożyć się na grzebiecie z łapami do góry. Obudziłam się koło stwora wijącego się jak ośmiornica, który właśnie uskuteczniał coś w rodzaju porannego stretchingu, i od razu zaczęło się gryzienie w nos, lizanie po uszach i żucie włosów.
Poza tym śpiąc wydaje przezabawne odgłosy. Coś w stylu rzężenia przechodzącego w westchnienie najwyższej ulgi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz