Zabrałam stwora na naprawdę długi spacer po Lesie Wolskim.
Stwór w lesie występuje w dwóch stanach: albo ciągnie smycz i ujada, albo zostaje spuszczony ze smyczy i szaleje, przy czym spuszczony na smyczy = przypinamy krótką smyczkę i puszczamy. Krótka smyczka w razie potrzeby służy do łapania metodą przydeptywania smyczy, bo skunks przychodzi niechętnie; przychodzi, jak ma ochotę, a przeważnie nie ma ochoty. Wabienie na przysmaki nie ma sensu, bo potrafi wyrwać z doskoku, a coś mi się widzi, że metoda „na przydept” też długo nie będzie skuteczna, bo stwór nauczył się biegać ze smyczą w pysku.
Przez ponad 2 godziny łażenia po lesie wykonałam więcej niebiznesowych interakcji międzyludzkich niż przez cały tydzień, bo stwór zaczepia ludzi i choć skracam smycz, żeby nikogo nie napastowała, budzi powszechny zachwyt i ludzie sami przyłażą i dają się napastować, mimo ostrzeżenia, że ma brudne łapska (bo włazi do każdej kałuży).
Jedna pani o mało się dziś nie popłakała, słysząc historię znalezienia stwora w śmietniku.
Inni państwo zaś strasznie chcieli rzucać jej patyczek i kompletnie ich nie zniechęcało, że stwór akurat ma fazę na rycie w suchych liściach i ma centralnie gdzieś ich i ich starania (pani grzebała po krzakach za najpiękniejszym patyczkiem).
Wstawiony do samochodu stwór walnął w kimono i przespał całą drogę do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz